Dżinsy, rower i zaplanowany przystanek. Drink wybrany. Czas uczcić koniec roku. Elvis się zwał. Drink oczywiście:), ale śpiewał kto inny…

Powiecie, że to nie jest możliwe (realista?), mało prawdopodobne (optymista?), aby w środku Polski w czerwcowe popołudnie zaśpiewać sobie z Włochem. I tu się mylicie!

Czary-mary, hokus-pokus i siedzę sobie przy stoliku. Wokół leniwie i nieco nudno, ale przy moim stoliku są Elvis i przyjaciółka, więc jest uroczo. Wydaje się, że już nic więcej się nie stanie. Zresztą czego chcieć więcej? Jest uroczo!

Tymczasem zabrzmiały pierwsze akordy i pomieszczenie po sam sufit umysłu wypełnił głos. Amore mio zawirowało. Śpiewa Andrea Lattari.  Wokół zaczęło być energicznie i radośnie.

 Jednak to tylko małe czary – mary. Gdzie ten hokus-pokus ?

Jest! Ja też śpiewam! Po włosku. Publicznie.  Gra i ze mną śpiewa Sycylijczyk.  Przyjaciółka powiedziała, że było nieźle, a ja wiem jedno – wszystko jest możliwe!

Nie wierzycie? Dobrze. Jest zdjęcie.

Wpisała: Justyna Niebieszczańska

UŻYJ NASZEGO FORMULARZA



    Przewiń na górę